3 godziny od domu siedziała przyczajona na choinkowych gałązkach.
konie przykryte kocami ogrzewały chrapy w workach z owsem.
ubrane w kratkę jamniki konkurowały z pasiastymi derkami.
owieczka , która okazała się dziewczyną
z ukrytymi w środku warkoczami razem z misiem
w dizajnie misia bukowskiego witała gości czasem na
lub czasem pod najbardziej komercyjną turystyczną okoliczną górą.
para z ust unosiła się nad deptakiem,
futrzane buty potykały się o tańczące donaldy.
za 3 złote można było pogadać z ciocią na helu .
a ilość futrzanych zajączków mieniących się kolorami
tęczy biła na głowę góralskie kapelusze.
kubuś puchatek ze swoimi przyjaciółmi ze stumilowego
lasu wyhodowani na pokarmach czempionów
dorastali janosikowi do czubka głowy i wspólnie mogli pluć
na tłum przesuwających się głów,
powoli popijając kosta kawę w kofi niebie.
podgiewontowy posąg prawdopodobnie siedział
spokojnie na rozgrzanej farelce.
łącka śliwowica w reklamówce z zielonym napisem
przemieszczała się po mieście niedyskretnie zachęcając do kupna.
wesele rodem z wyspiańskiego przemykało na saniach
wśród samochodów i turystycznych obiektywów.
chińskie rękawiczki machały z podkrokiewnych stoisk.
współczesne plastikowe sanki niczym
kolorowe anteny satelitarne
nawiązywały kontakt wzrokowy z innym światem.
szur szur skrzyp skrzyp dzyn dzyn.
świecące anioły pod czarnym niebem
nad ośnieżonymi drzewami przesyłały mroźnym
pocałunkiem zimowy spokój.
gorący kubeczek wypełniony ogrzanym winem
błogo wypełniał dusze.
zobaczyłam prawdziwą zimę.
i nie zamieniłabym tego weekendu na żaden inny :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz